Avatar – jednak duża innowacja!

Posted On: Grudzień 26, 2009
Posted In:
Comments: 15 Responses

Po wielu miesiącach oczekiwania w końcu mogłem obejrzeć Avatara Jamesa Camerona. Przyszedł więc czas by odpowiedzieć sobie na pytanie czy film, który uzyskał miano kultowego na długo przed swoją oficjalną premierą, faktycznie zasługuje na ten przydomek i zrewolucjonizuje światową kinematografię. Niech Was nie zdziwi ten fakt, ponieważ technologia, która czai się za tym obrazem jest wprost oszałamiająca, a koszty produkcji (jeżeli wierzyć plotkom) sięgają prawie 300 milionów dolarów! Za takie pieniądze nie robi się przecież filmów tylko z myślą, by na nich zarobić. Zwłaszcza w przypadku Jamesa Camerona, który nie po raz pierwszy zabawił się w boga, spełniając  swoje marzenia w zrobieniu czegoś nowatorskiego i wywołując burzę spekulacji na temat przyszłych ekranizacji sci-fi. Ile ona potrwa oraz co z niej wyniknie? Tego nie wie nikt. Natomiast ja już teraz zapraszam Was na to niecodzienne widowisko.

Zastanawiam się nad sensem pisania krótkiego streszczenia tego dzieła, ale jeżeli ktoś cudem nie słyszał o Avatarze, zwłaszcza przy takiej propagandzie marketingowej, jaka niedawno miała miejsce, to napiszę kilka słów na ten temat. Otóż głównym bohaterem akcji jest Jake Sully (Sam Worthington), który zastępuje zmarłego brata bliźniaka w szczególnej misji. Wyrusza w tym celu na planetę zwaną Pandora, by w ciele genetycznie wyhodowanego avatara (drugie ciało), wsiąknąć w struktury tamtejszej rasy (Na’vi) i przekonać ich przedstawicieli do opuszczenia miejsc, w których ludzie chcą eksploatować drogocenne złoża potrzebne na Ziemi. Jak się pewnie domyślacie, nikt nie zamierza łatwo ustąpić. Poleje się krew, a w przeddzień konfliktu narodzi się miłość, której siła wywoła interesujące zwroty akcji.

Avatar stał się popularny głównie za sprawą techniki trójwymiarowej. Piętnaście lat, tyle bowiem zajęło reżyserowi podjęcie decyzji o rozpoczęciu nowego projektu, którego wcześniejsza realizacja nie była technicznie możliwa. Cameron wierzy, iż przyszłość kina to obraz 3D, który pochłonie widza bez reszty, a nie wystraszy tandetnymi efektami, w postaci przedmiotów lecących ku jego oczom. W tym celu zreformował nagrywanie filmów w trójwymiarze, projektując nową kamerę, o interesującej nazwie 3-D Fusion Camera System. Dopiero taki sprzęt pomógł mu idealnie zaspokoić ludzkie oko, które podczas projekcji traci granice oglądanego obrazu. Nie pozostaje mi nic innego, jak potwierdzić tę nowinę. Oglądając Avatara z zapartym tchem podziwiałem barwne krajobrazy, mając częste wrażenie, iż faktycznie uczestniczę w tej niecodziennej przygodzie, pośród nieznanego otoczenia.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną istotną sprawę, a mianowicie emocje bohaterów, które rysowały się na komputerowo wygenerowanych twarzach Na’vi. Wyglądało to tak naturalnie, iż od razu rozpoznałem Sama Worthingtona i Sigourney Weaver w ich avatarach. Niebywale realne odwzorowanie czyjegoś ciała zawdzięczamy pionierskiemu systemowy rejestracji mimiki aktorów, zwanego emotion capure. Od swojego poprzednika motion capture różni się wierniejszym przechwytywaniem emocji aktorów i w późniejszej fazie, łatwiejszym przenoszeniem ich do komputera. W owym przypadku graficy nie muszą już poświęcać wielu miesięcy na animację postaci, tutaj wszystko dzieje się w czasie rzeczywistym, podczas nagrywania odpowiednich scen. Cóż mogę dodać, efekty specjalne w Avatarze, to prawdziwy majstersztyk i kropka.

Natomiast scenariusz stanowi największą bolączkę tego filmu. Cała historia jest bardzo schematyczna, a jej finał przewidywalny. Oczywiście nie możemy powiedzieć, iż mamy do czynienia z dziełem kompletnie efekciarskim. Bowiem pomysł na wykreowanie innej cywilizacji, jej języka, planety oraz tych wszystkich postaci, maszyn i zwierząt, zasługuje na pewien rodzaj podziwu. Niestety reżyser raczy nas tylko kilkoma, prostymi przesłaniami: „rasa ludzka dąży do samozagłady”, „nie potrafimy akceptować odmienności”, „ludzie uważają się za panów świata, którym wszystko się należy”, „miłość potrafi przezwyciężyć wszystko”. Tak więc nie napalajcie się na wielkie refleksje po ponad dwu i pół godzinnym seansie. To tylko bardzo przyjemne kino rozrywkowe.

Resztę niedociągnięć ratuje całkiem niezła obsada aktorska z Sigourney Weaver, Samem Worthingtonem oraz bardzo seksowną Zoe Saldana w charakterze Na’vi imieniem Neytiri (James Cameron chciał by widownia oszalała na jej punkcie). Muzyka także nie należy do minusów tej produkcji, choć pod stosem kolorowych obrazków ciężko jej przedrzeć się do naszych zmysłów. Z jednej strony to plus, bo za dużo wrażeń mogłoby przegrzać nasz mózg, a z drugiej minus, bo nie ma o czym pisać.

Najprościej podsumowując wczorajszą premierę napiszę, iż byłem świadkiem filmowej innowacji. Aczkolwiek moje wrażenia nie są aż tak duże, by nazwać to co widziałem przełomowym arcydziełem. Wiele filmów, nakręconych tradycyjnymi metodami zrobiło na mnie o wiele większe wrażenie. Mimo wszystko nie żałuję wizyty w IMAX’ie, wręcz przeciwnie, jestem z niej bardzo zadowolony i z dozą optymizmu wypatruję kolejnych poczynań Jamesa Camerona.

  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Digg
  • RSS