Konkurs został zakończony!
WYNIKI:
1. miejsce - gorliwy jasio za opinię o filmie MATRIX.
2. miejsce - harkonen.mgla za opinię o filmie Terminator.
3. miejsce - Łukasz Witczak za opinię o filmie Obcy – decydujące starcie.
Nagroda dodatkowa (niespodzianka) - Urszula za stylową rymowankę.
Dziękuję wszystkim za udział w konkursie. Napisaliście wiele naprawdę ciekawych notek i mogę się tylko cieszyć, że to nie ja musiałem dokonać trudnego wyboru czwórki najlepszych. Kończąc zapraszam Was do stałego odwiedzania mojego bloga, ponieważ mam ochotę na częstsze organizowanie takich atrakcji. Pozdrawiam!
Po raz pierwszy na łamach mojego skromnego bloga, mam przyjemność zaprosić Was do wzięcia udziału w konkursie z nagrodami. Pisząc Was, myślę nie tylko o stałych czytelnikach tej strony, ale o ludziach, którzy kochają kino i lubią dzielić się własnymi spostrzeżeniami na jego temat. Oczywiście mam nadzieję, że jest wiele takich osób i przełamią się one na tyle, by coś z siebie dać. Jestem jednak świadomy tego, że w tych czasach nie ma nic za darmo, więc dla zachęty ufundowane zostały, wspomniane wcześniej upominki. O ich atrakcyjność zadbał nasz obecny sponsor, jeden z najlepszych sklepów internetowych w Polsce – Amazonka.pl.
Przejdźmy zatem do zasad, które są bardzo proste. Korzystając z poniższego formularza do wysyłania komentarzy proszę byście napisali (dosłownie w kilku zdaniach) jaki jest Wasz ulubiony film science-fiction i dlaczego właśnie on. Spośród nadesłanych prac (komentarzy) główny organizator zabawy (Amazonka.pl) wyłoni trzy najlepsze notki, których autorzy otrzymają poniższe nagrody:
- Za 1 miejsce: Film na DVD „Star Trek” (2009),
- Za 2 miejsce: Dwa tomy książki „Miasto popiołów”,
- Za 3 miejsce: Najnowszą książkę A. Sapkowskiego „Żmija”.
Proszę byście pamiętali jeszcze o kilku ważnych sprawach:
- Każdy komentarz biorący udział w tej zabawie musi zostać wysłany z poprawnym adresem e-mail. To za jego pomocą będziemy się kontaktować ze zwycięzcami.
- Liczymy na zadbane wypowiedzi pod względem stylistycznym oraz ortograficznym.
- Konkurs przeznaczony jest dla osób pełnoletnich zamieszkujących terytorium naszego pięknego kraju (Rzeczypospolitej Polskiej) :).
- Każdy z Was może zgłaszać dowolną ilość prac konkursowych.
- Zapoznajcie się z regulaminem konkursu!
Życzę miłej zabawy i już gratuluję tym trzem szczęśliwcom!
Głównym organizatorem konkursu jest:








Ostatnimi czasy najlepszym filmem (aczkolwiek niekoniecznie science-fiction, chociaż może dałoby się go podpiąć) jest „Man from the Earth”. Brak w nim efektów specjalnych, głośnych nazwisk, wykręconych obcych, błysków, laserów czy też przestrzeni kosmicznej. Główny bohater stwierdza na forum swoich kolegów z pracy, że żyje na tym łez padole już dobre kilka tysięcy lat. Akcja całego filmu rozgrywa się w jednym pomieszczeniu, w którym co chwilę powstaje mnóstwo ciekawych domysłów i pytań bez odpowiedzi. Rozmowa przechodzi przez przeróżne tematy, od biologii do religii czy archeologii. Film trzyma w napięciu do ostatniej chwili mimo, że widziałem go już kilkanaście razy. Jeżeli ktoś go jeszcze nie widział to uważam, że jest to pozycja do polecenia dla wielbiciela każdego gatunku.
Matrix-film braci Wachowskich moim zdaniem podniósł poziom filmów science-fiction wysoko jak żaden wcześniej.Trudno wymyślić dziś oryginalną fabułe,przy takiej ilości filmów jakie teraz powstają.Samo założenie filmu Wachowskich,że nasz świat jest wirtualny,stworzony przez maszyny jest genialny.Matrix jest filmem ,którego efekty specjalne nie przytłaczają ,są jego dopełnieniem.Nie zgadzam sie z zarzutami krytyków,że to film komercyjny.Czy to wina twórców ,że ich film przebił sie ze swoim przesłaniem do tak wielu widzów.Polecam każdemu,komu wydaje sie że widział już wszystko.Teraz takim filmem kamieniem milowym science-fiction od czasów Matrixa jest podobno Dystrykt 9.
Potwory przy nadziei, czyli dlaczego warto obejrzeć „Projekt: Monster” J.J. Abramsa?
Na początku chciałbym przyznać, że od dłuższego czasu ubolewam nad faktem skostnienia i „znormalizowania” gatunkowych konwencji filmów, wchodzących na ekrany naszych kin. Bo i cóż mamy? Polskie komedie romantyczne to tylko kolejne wersje „Tylko mnie kochaj”. Każdy nowy film fantasy garściami czerpie motywy z „Władcy Pierścieni” Jacksona. Każdy nowy „slasher” jest imitacją „Teksańskiej masakry piłą łańcuchową”; każda nowa japońska produkcja straszy dokładnie tą samą dziewczynką z zakrytą twarzą. Zgoda, powiecie, ale taka jest natura kina gatunkowego – w końcu wszystkie westerny z Johnem Waynem są dokładnie takie same. Owszem, to prawda, ale zauważmy, że po Waynie przyszła pora na Clinta Eastwooda, który sprawił, że western stał się antywesternem. Animowaną przygodę z kinem zaczynaliśmy od grimmowskiej wersji „Królewny Śnieżki”, a skończyliśmy na zupełnie „odbajkowionym” „Shreku”. Gatunki filmowe muszą ewoluować, inaczej szkodzą sobie i nudzą innych. Tym łatwiej jest mi przyznać, że trudno sobie wyobrazić większe zadowolenie z seansu w kinie, niż być przyszykowanym na kiczowaty fajerwerk, a otrzymać prawdziwą ekranową delicję. Tak się właśnie dzieje w przypadku produkcji przygotowanej przez twórcę kultowego serialu „Lost” – J. J. Abrams a którą znamy pod tytułem „Project: Monster”.
Grupa nowojorskich yuppies pragnie pożegnać przyjaciela, Roba Hawkinsa, wylatującego do Japonii, gdzie ma objąć intratną posadę. Brat bohatera organizuje przyjęcie-niespodziankę, imprezę filmuje najlepszy przyjaciel Roba, Hud. Hud nie jest zbyt bystry, ale w miarę dobrze się sprawia jako operator kamery, przeprowadzając wywiady z obecnymi na przyjęciu gośćmi. Kobiety, drinki, śpiew, mały dylemat miłosny – wszystko to widz przyjmuje lekko i bez większego wysiłku emocjonalnego, chociaż ciągły obraz kamery „z ręki” nieco niezdarnego Huda może powodować zawroty głowy przez pierwszych kilka minut seansu. W każdym razie, jest miło i bezpiecznie. Potem rozlega się grzmot. I przestaje być miło i bezpiecznie.
Akurat dobrze się złożyło, że kiedy wszyscy ludzie w panice wybiegali z imprezy, Hud zabrał ze sobą kamerę. To dzięki niej widzimy gwałtowny upadek Manhattanu i wcześniej w kinie niespotykaną bezradność rodzaju ludzkiego wobec postawionego przed nim zniszczenia. COŚ pojawia się znikąd, COŚ atakuje symbol nowoczesności i to samo COŚ – obraca ów symbol w pył. Reżyser nie kwapi się aby wyjaśnić widzowi naturę tego zniszczenia, skąd przyszło i dlaczego demoluje Nowy Jork. Widz nie wie, czy to, co widzi na ulicach Manhattanu jest stworem z kosmosu, rządowym eksperymentem czy zaginionym gatunkiem, dotychczas ukrytym na dnie oceanu. Zresztą, ta wiedza jest zupełnie niepotrzebna – bo od momentu, kiedy w stronę bohaterów – w tym i w naszą, widzów – leci głowa Statuy Wolności, jedyną elementarną potrzebą wszystkich osób, znajdujących się na Manhattanie jest przetrwanie. A to jest z wszech miar utrudnione przez wielkie COŚ i hordę jego pomagierów. Utrudnia to też sam Rob Hawkins, który zamiast wywędrować grzecznie z nowojorskiej wyspy, kieruje się w jej głąb w poszukiwaniu swojej rannej ukochanej. Razem z nim idą dwie koleżanki, Hud z kamerą i oczywiście widzowie, którzy śledzą poczynania bohaterów oczami Huda, spoza nagrywającej wciąż kamery.
Mogłoby się wydawać, że skoro już wiemy, iż źródło zniszczenia ma ponad sto metrów wysokości, to grupka ludzi, która przedziera się przez spustoszone miasto, nie będzie miała problemów, aby wybrnąć z kłopotów niezauważonym – a jednak tak nie jest. W mroku zawalonych budynków czai się dodatkowa groza, trudniejsza nawet do ominięcia niźli współczesna wersja Godzilli. Oczywiście, o ile uznamy, że porównanie do Godzilli nie jest w tym przypadku krzywdzące. Wszyscy znają historię japońskiego jaszczura; skąd pochodzi i co reprezentuje. W przypadku „Projekt: Monster” mamy do czynienia ze stworem nienazwanym, równie potężnym i tajemniczym jak legendarny Cthulu Loverafta, i – podobnie jak Cthulu – symbolizującym ludzki lęk przez nieznanym. Abrams pokazuje widzowi starą filmową prawdę: największą obawę czuje się przed tym czego się nie zna i nie widzi. Kiedy pozostawi się ludzki umysł z możliwościami „dopowiedzenia sobie” nieznanych motywów czy brakujących fragmentów, mogą urosnąć one do niespotykanej wielkości rozmiarów. Dlatego też do końca filmu nie widzimy potwora w całości. Kamera z ręki jeszcze ten efekt potęguje, ślizgając się po kształtach stwora, nie obejmując ich jednak w całości.
Trudno określić, w jakich kategoriach oceniać „Projekt Monster”. Budżet zamykający się w 30mln dolarów jest zbyt mały, aby traktować film jako kolejną superprodukcję; z drugiej strony, na pewno nie jest to film artystyczny – a można by było się pokusić o to stwierdzenie, biorąc pod uwagę fakt, że film Abramsa spełnia większość punktów manifestu Dogma 95. Czy zatem zgodzimy się na kino stylu zerowego? Tak, ale pod warunkiem, że zaznaczymy jego wyjątkowość na płaszczyźnie gatunku – bo „Projekt Monster” to zapowiedź sporych zmian w science fiction.
Właściwie to stwierdzenie „film o zmianach” jest pierwszą definicją, jaka na myśl mi przychodzi, kiedy chcę opisać „Projekt Monster”. Dobrze się dzieje kiedy z kina wychodzi widz zadowolony oraz pełen nadziei, że film JJ. Abramsa wyznaczy nowe ścieżki w gatunku kina fantastycznego. Nie da się przecież ukryć, że konwencje większości dotychczasowych filmów o podobnym temacie były boleśnie do siebie podobne: potwór, jaki by nie był straszny i nieprawdopodobny, szybko znajduje swojego pogromcę, który sprawnie dociera do słabych punktów wroga. Zło zostaje okiełznane i zrozumiane. Tymczasem w wypadku „Projektu Monster” jest inaczej. Potwór, owszem, pojawia się znikąd, ale na tym podobieństwa się kończą. Nie ma przypadkowego bohatera, który zniszczy bestię i przywróci status quo sprzed pojawienia się tejże. Pogrom Manhattanu okazuje się być zupełnie nieodwracalny, armia amerykańska – synonim bezpieczeństwa przecież – jest równie bezradna, co setki mieszkańców nowojorskiej wyspy. Nawet wątek miłosny, który przecież jest kanwą opowieści o przeprawie przez zniszczony Manhattan, kończy się przewrotnie i w sposób zupełnie nieoczywisty.
To właśnie ten „odwrócony” sposób przedstawienia wydarzeń tak bardzo przykuwa uwagę widza do ekranu. Oglądający wciąż czeka na ów moment „iluminacji”; kiedy dowie się wszystkiego o potworze, o jego pochodzeniu i sposobie unicestwienia. O tym, że ten moment nie nastąpi widz dowiaduje się dopiero podczas końcowych napisów. I dopiero wtedy opadają emocje. Niewiedza jest elementem, który spaja całą fabułę.
Być może znajdą się tacy, którzy twierdzą, że film jest do niczego; nie ma właściwego happy endu; nie ma właściwego zakończenia, a tak w ogóle to drwi z konwencji i z oczekiwań widza. Być może tak jest. Ja jednak, nieśmiało zmierzając w stronę kina, (a co potwierdziłem sobie ostatnio odświeżając film w telewizji), byłem przekonany, że jeśli potwory szerokiego ekranu i tym razem nie znajdą nowych ścieżek do gatunkowej ewolucji, nasze pożegnanie będzie krótkie i bezlitosne. Operacja się udała i pacjent przeżył – a film Abramsa daje mi nadzieję na przyszłość.
Dzięki za powyższy tekst. Jest trochę długi, ale ostatni akapit można uznać za sedno całej sprawy. Zachęcam pozostałych do pisania, choć może niekoniecznie tak obszernych komentarzy :)
Trudne pytanie, bo uwielbiam filmy Science – Fiction i ciężko mi wybrać ten jeden… Długo królował Matrix, ale trochę mi się już przejadł. Teraz lubię ,,Kroniki Riddicka” z fenomenalnym Vin Dieselem. W tym filmie jest wszystko – obce cywilizacje, inne planety, statki kosmiczne… Lubię także pierwszą część pt ,,Pitch black”, a najbardziej moment, gdy planety układają się w osi i ma zapaść ciemność. To niesamowity widok. Chciałabym zobaczyć takie coś na żywo ;) Czekam na część trzecią. Jakikolwiek będzie miała tytuł pójdę na nią do kina w dniu premiery :)
Mozna wchodzić w dyskusję z konkursowymi wypowiedziami, czy to jest niezgodne z regulaminem???
Jeżeli w tej dyskusji zawrzesz to co jest wymagane w konkursie (jaki film sci-fi lubisz najbardziej i dlaczego), to nie widzę przeszkód.
Nie ma nigdzie w regulaminie, że nie można komentować zamieszczonych wpisów. Dlatego uważam, że każdy ma prawo krytykować, komentować i oceniać zamieszczone wpisy.
Moim ulubionym filmem Sci-Fi jest stary poczciwy „Obcy”. Jednak jego leciwość nijak ma się do jego kondycji, a wręcz jest prosta wznosząca. Na tle obecnych produkcji nie tylko Sci-Fi coraz bardziej jestem przekonany, że „Obcy” Ridleya Scotta, to arcydzieło. Film, którego oglądanie daje niesamowitą przyjemność – bardzo długo nie wiemy co dzieje się na statku, towarzyszy nam atmosfera lęku, strachu i zagadkowości. Doskonała dbałość o szczegóły i kultowa już dzisiaj postać „Obcego”, wzbudzająca podziw i lęk. Fenomenalna gra aktorska i budząca niepokój i atmosferę muzyka spycha na dalszy plan efekty specjalne, które mimo upływu lat ciągle trzymają niesamowicie wysoki poziom. „Obcy” mimo, iż dzisiaj to już 30 letni „facet”, to w dalszym ciągu jest to krzepka postać bez problemów bijąca na głowę swoich obecnych, jak i byłych konkurentów. „Obcy” to nie tylko doskonały film Ridleya Scotta, ale także rewelacyjne sequele, które w całości tworzą moim zdaniem najlepszą filmową sagę historii ( a przynajmniej Sci-Fi ) :-)
Tak więc czy dla wielkiego fana serii nie jest cudowną wiadomością, że sam „Ojciec” tego wspaniałego dziecka zabiera się za kręcenie następnej części ?
Najlepszy film science-fiction moim zdaniem to „Łowca androidów” Ridleya Scotta.
Film ten to poprostu dzieło kultowe.
Niesamowite akcje: np. fantastycznie wyglądające latające samochody.
Doskonałe efekty specjalne. Solidnie podrasowany obraz i dźwięk.
„Pitch Black” czyli kropla w morzu potrzeb
Chociaż tendencja do pokazywania dobrego SF w kinie się odradza – z wielką nadzieją czekam na takie hity jak „Avatar” czy „Pandorum” – to jednak trzeba przyznać, że w ostatniej dekadzie porządnych filmów fantastycznych było na ekranach bardzo niewiele. Myślę, że śmiało można napisać, że XXI wiek został zdominowany w kinie przez trzy trylogie: „Matrix”, „Star Wars” i „Władca Pierścieni”. W zasadzie wszystkie filmy z gatunków SF czy fantasy, które pojawiły się przeciągu ostatnich dziesięciu lat to gwiazdy świecące światłem odbitym. Piszę „w zasadzie”, ponieważ znam co najmniej jeden film, który od tej zasady odbiega – jest to „Pitch Black” Davida Tvohy’ego.
Gdyby nasza znajomość z „Pitch Blackiem” rozpoczęła od suchego streszczenia – daleko byśmy nie zaszli. Oto statek kosmiczny rozbija się na planecie, która ma trzy słońca i podlega całkowitemu zaćmieniu raz na 22 lata. Oczywiście, statek się rozbija w roku dwudziestym drugim, czyli kilka dni przed zaćmieniem. Mamy grupkę rozbitków, zepsuty statek i wyludnioną planetę, czemu bez wątpienia przysłużyła się olbrzymia populacja zmutowanych krwiożerczych nietoperzy pożerających wszystko co nie jest piaskiem i kamieniem.
Niby banalnie, ale „w praniu” – rewelacja. Suche streszczenie nie mówi o tym, że film jest technicznym majstersztykiem, wykorzystującym ciekawe rozwiązania zarówno w kadrze jak i w montażu (wirażowana taśma). Suche streszczenie nie mówi o tym, że fabuła, chociaż przewidywalna, serwuje nam zupełnie nieprzewidywalne – ale i logiczne – zakończenie. Wreszcie, suche streszczenie nie mówi o jednym z najistotniejszych bohaterów SF w historii kina – Riddicku.
Ośmielę się napisać, że od czasu Hana Solo nie było bardziej charyzmatycznego bohatera w kinie SF nad Richarda B, Riddicka. Postać ta, wykreowana przez Vina Diesela, to brutalny przestępca po osobliwej operacji oczu: dzięki „oszlifowaniu” gałek ocznych znakomicie widzi w ciemnościach, chociaż przy świetle dziennym musi zakładać przyciemniane gogle. Riddick jest świetnym wojownikiem i pilotem, jest też bezwzględnym socjopatą, który łączy swoje siły z rozbitkami tylko po to, aby samemu przetrwać. Jego pomoc jest nieoceniona dla towarzyszy, jego cięte dialogi – nieocenione dla widzów. Nawet kiedy w Riddicku zostaje wskrzeszona iskierka altruizmu, nie ma pokazanej banalnej „przemiany wewnętrznej” a jedynie przerażenie Riddicka z powodu zaobserwowania u siebie ludzkich odruchów. Dzięki tym zabiegom postać charyzmatycznego przestępcy jest solidnie poprowadzona a przez to wciąż sympatyczna w odbiorze.
Co ciekawe, chociaż kreacja Riddicka zdecydowanie wybija się ponad poziom pozostałych bohaterów, to w „Pitch Blacku” udało się uniknąć pokazania „bezimiennej masy statystów” w rolach drugoplanowych. Carolyn Fry, William J. Johns, Jack czy Abu ‘Imam’ al-Walid to bohaterowie pełnokrwiści, z własnymi przekonaniami i moralnymi wyborami.
Dzięki tym wszystkim cechom, „Pitch Black” jawi się jako solidne kino, sprawnie skonstruowane, z dobrze napisanym scenariuszem i z przyzwoitą obsadą aktorską. Jest świetnym przykładem na to, że nawet poruszanie się w obrębie stałej ikonografii gatunkowej może okazać się przystępnym i ciekawym widowiskiem. Co może tylko cieszyć i liczyć na jak najwięcej takich perełek w przyszłości.
@SzariK: mam nadzieję, że jest odpowiednio krócej? Czy powinienem streszczać się jeszcze bardziej? :)
Na pytanie jaki jest mój ulubiony film s-f ,mam tylko jedną odpowiedź ,, Gwiezdne Wojny: Nowa Nadzieja”. Poczynając od pierwszej sceny gdy na tle planety pojawia się pojedynczy statek a zaraz po nim gigantyczny niszczyciel ( co musieli czuć ci którzy jako pierwsi zobaczyli takie efekty specjalne na ekranie kina) aż po scenę w której Luke Skywalker decyduje się oddać strzał do Gwiazdy Śmierci bez użycia komputera ( Użyj Mocy Luke!) ogląda się ten film z niesłabnącymi emocjami niezależnie od tego czy widzi się go po raz pierwszy czy jak w moim przypadku po raz setny. Gwiezdne Wojny może i są historyjką złożoną z prostych chwytów i znanych typów postaci to jednak jest w nich świeżość i wyobraźnia której nie mogłam odnaleźć w żadnym innym filmie. Moc, Jedi tajemniczy Darth Vader, dialogi między wielkim włochatym Wookie a Hanem Solo, Gwiazda Śmierci i pustynne przestrzenie Tatooine – wszystko to składa się na świat o którym nie wiemy wszystkiego ( bo przecież nie wszystko Lucas postanowił nam opowiedzieć w swojej IV części opowieści) ale i tak czujemy się tam dobrze z znanymi nam rycerzami i pięknymi księżniczkami. Gdy myślę o Gwiezdnych Wojnach pamiętam przede wszystkim o wielkim wszechświecie do którego zaprasza nas Lucas – są w nim setki gatunków i planet a my poznajemy tylko jedną z wielu historii jakie rozgrywają się dawno dawno temu w odległej galaktyce. Widziałam wiele filmów ale znam tylko jeden który stworzył tak rozwiniętą osobną subkulturę ( piszę o filmie nie o serialu) – wielu jest bowiem tych którym opowieści Lucasa nie wystarczają – ci piszą książki, rysują komiksy przebierają się w mundury Szturmowców. I właśnie ta umiejętność poruszenia wyobraźni, wzbudzenia tęsknoty za wielkim wszechświatem a jednocześnie nie zapominanie o naszej ludzkiej potrzebie słuchania bajek w których dobro zawsze zwycięża sprawia że moim zdaniem nie ma lepszego filmu s-f niż Gwiezdne Wojny.
Więc niech Moc będzie z wami!
Moim ulubionym filmem Sci-Fi jest „I am Legend”/ „Jestem Legendą” . Zafascynowała mnie jego akcja rozgrywana w opustoszałym Nowym Jorku. Cała film kręci się wokół nocnych eskapad mutantów i prób wynalezienia szczepionki. Wyczynem jest nie ześwirować zostając tylko z psem…
Moim ulubionym filmem SF jest Odyseja Kosmiczna 2001 Stanleya Kubricka. Film ten, oparty na powieści doskonałego pisarza Arthura C. Clarke’a jest przedstawicielem chyba wymarłego już nurtu kina, w którym to nauka wygrywa z fantastyką w połączeniu SF.
Współczesne kino kieruje się widowiskowością, więc przestrzeń kosmiczna nie jest martwą i cichą pustką, słychać w nim gwar poruszających się statków, słychać strzelające lasery, widać ich promienie, można nawet próbować omijać strzały z laserów. W 2001 nie ma tego typu ruchów „pod publiczkę” – tam kosmos jest czarny i pusty.
Film może być bardzo trudny dla widza wychowanego na Gwiezdnych Wojnach – jest w nim bardzo dużo psychologii, trudnych pytań o rozwój cywilizacji, o to czym jest człowiek i co będzie z naszą przyszłością. Motyw maszyny która buntuje się przeciwko swym panom pojawił się nie po raz pierwszy i nie poraz ostatni (co prawda, w późniejszych częściach HAL 9000 został wytłumaczony, ale strach przed wszechmocną maszyną pozostaje), to jeden z lepszych elementów kina SF.
Film polecam każdemu kto lubi kino SF, nie należy się zrażać tym że historia naszego świata potoczyła się inaczej niż było to przewidywane w połowie ubiegłego wieku, według mnie wpływa to pozytywnie na odbiór filmu – przypomina to ile ma on lat i jakim był wtedy osiągnięciem technicznym.
Uważam że nie można uważać się za znawcę kina jeśli nie pozna się mocy połączenia muzyki klasycznej z obrazami pustki kosmosu, chyba nie ma osoby dla której utwór „Tako rzecze Zaratustra” nie będzie związany z początkiem filmu!
„Terminator / The Terminator” (1984) – nietuzinkowe kino z hipnotyzującą fabuła, hipnotyzującą muzyką i hipnotyzującym klimatem. Inteligenta, mroczna i nowatorska, w momencie powstania, opowieść sf stanowiąca już nieśmiertelną klasykę gatunku.
Wiele scen z tego filmu wdarło się do mego młodego umysłu już w czasie pierwszego seansu przed kilkunastu laty i zagnieździło się w nim na dobre (niezapomniana sekwencja w podziemnym schronie z ogniskiem w szczątkach telewizora, polowanie na szczury, szlochem w tle, oczyma mechanicznego demona i płonącym zdjęciem).
W dobie szybkiego montażu i cyfrowych efektów specjalnych wielu (zwłaszcza młodych widzów) może uznać film za arachiny w formie, ale dla posiwiałych wielbicieli kina sf to wciąż wspomnień czar oraz zwycięski wyścig z czasem i zmienną modą filmową.
‘Gwiezdne Wojny” to film,który chyba każdy zna.Przygoda powiazana z tym filmem rozegrała sie na wysokosci ok.10 000 metrów:
To był naprawdę udany tydzień.Szkoda że sie skończył.Od dawna oczekiwany urlop zamierzałem spędzić w kraju,no i udało się Ale co dobre szybko sie kończy.Teraz siedziałem sobie spokojnie w samolocie jakies 10.000 metrów nad ziemia i zwyczajnie sie nudziłem.Co prawda na fotelu obok mnie siedziała sobie młoda niewiasta i nie powiem ale była sobie całkiem,całkiem…Po dokładnym obejrzeniu jej stwierdziłem,że nawet mógłbym zgrzeszyć a o rozgrzeszenie starałbym sie juz po wyladowaniu na miejscu w Dublinie,tylko ,ze jak zauwazyłem nie wykazywała ona wiekszego zainteresowania moja osobą.Wydawało się nawet ze sobie ucieła solidna drzemkę.
Kilka[naście] lat wczesniej znany byłem jako niezły jajcarz a że w starym piecu diabeł pali doznałem nagłego olsnienia.Czas by rozbujac to nudziarskie towarzystwo.Wstałem i ze schowka nad głowa wyjałem swój podreczny bagaż.Następnie wolnym krokiem udałem sie do toalety w tylnej czesci samolotu.Przypomniało mi się,że w torbie mam coś co kupiłem bedąc na zakupach w swiom miescie.Cos o czym marzyłem będąc małym chłopcem.
Moje dzieciństwo to[zeby Wam przyblizyć]czasy czerwonej oranzady,landrynek i kinowych seansów „Gwiezdnych Wojen”.
Była to maska Lorda Vadera i czarna peleryna.Długo sie nie namyslajac załozyłem cały stroj na siebie i zwyczajnie wróciłem na swoje miejsce w przedostatnim rzedzie samolotu.
Kiedy siadałem na fotelu to towarzyszka mojej podrózy jakby się ocknęła a po chwili ujrzałem dwoje ogromnych oczu orbitujacych nad szeroko otwartymi ustami ,z których dobiegło przerazliwe :Ooooooooooooooooooocccccchhhhhhhhhhhhh………..
Po chwili……
zainteresowanych jak zakonczyła sie ta przygoda zapraszam do przeczytania pełnego tekstu :
Lord Vader W Rajanerze I Audiotele
tutaj:http://www.gazeta.ie/forum/index.php?showtopic=58943&hl=
Mój ulubiony film Science-fiction „Gwiezdne Wrota” (Stargate) powstał w 1994 roku dzięki scenariuszowi Deana Devlina i reżyserii Rolanda Emmericha. Tytułowe gwiezdne wrota są urządzeniem pradawnej rasy umożliwiającym błyskawiczne przemieszczanie się po wszechświecie i wszystkich planetach wyposażonych w system wrót. Sam pomysł podróży i możliwość nieskończonej różnorodności światów po drugiej stronie rozbudza na tyle naszą wyobraźnię, że film wciąga i po jego napisach końcowych chcemy więcej. Dzięki temu filmowi powstały kolejne dwa filmy pełnometrażowe, cztery seriale z czego jeden animowany. Wątek pomysłu umożliwia nam poznanie nie tylko „obcych”, ale też nawiązuje do historii ludzkości poprzez ukazanie jakże tajemniczych Bogów Egipskich, a w późniejszej twórczości pozostałej plejady Bóstw z całej Ziemi. Właśnie wszechobecna tajemniczość i ciągła niewiadoma, a przede wszystkim wspaniała serialowa kontynuacja Świata „Gwiezdnych wrót” powoduje, że jest to mój ulubiony film.
„Raport Mniejszości”, bo praktycznie to, co pokazane w filmie sprzed lat, staje się rzeczywistością teraz.
„Ja, robot” to film , który karze nam zastanowić się nad nowoczesnymi zdobyczami nauki i techniki. Tu możemy zobaczyć jakie niebezpieczeństwa niesie ze sobą tworzenie doskonalszych przedstawicieli sztucznej inteligencji i co stać się może, gdy twory te wymkną się spod kontroli niedoskonałego w swej istocie człowieka. Linia nowoczesnych robotów, maszyn znakomitych, ujednoliconych i wyzbytych właściwych człowiekowi wad, a podporządkowanych stworzonym przez niego prawom, została wyprodukowana, by uczynić nasze życie łatwiejszym. Wraz z rozwojem akcji obserwujemy jednak fiasko tej koncepcji. Maszyny kwestionują narzucony zbiór kryteriów i zachowań, zyskują swojego rodzaju świadomość i wolną „wolność” Film zdaje się być ostrzeżeniem przed wejściem naszego świata w chaos, spowodowany przekraczaniem wszelkich granic i ingerencją w jego naturalny porządek. Niewątpliwą zaletą produkcji jest aktorstwo , efekty specjale i zgrabnie zawiązana intryga. Jesteśmy świadkami brawurowych pościgów, karmimy wzrok futurystycznymi obrazami miasta, obserwujemy bunt maszyn, których jedynym celem jest zdobyć władzę nad ludźmi. „Ja, robot” to produkcja warta polecenia nie tylko miłośnikom nurtu s-f . Włączając rano elektryczną maszynkę do golenia zastanów się czy nie poderznie ci gardła?
“Łowca androidów” ten wspaniały film Ridleya Scotta okrzyknięto kultowym . Nie bez powodu, jest to film naprawdę wybitny prawdziwy majstersztyk kina s-f. Nie jest to pełne akcji, efektowne kino, lecz film z głębszym przesłaniem. Zawiera też niezwykle ciekawą wizję przyszłości. Wizja miast-molochów, ciasnych, przepełnionych ludźmi uliczek, miast ponurych, by nie rzec przerażających. Kapitalna scenografia, przytłumione oświetlenie i znakomita muzyka sprawiają wrażenie 100% autentyczności. Do tego dochodzą jeszcze niezapomniane role Rutgera Hauera jako przywódcy grupki Replikantów i ścigającego ich Harrisona Forda. Replikanci owi, roboty o ludzkim wyglądzie w pewnym momencie zapragnęli bowiem zasmakować człowieczeństwa – ludzkich uczuć i emocji. By to osiągnąć, nie cofną się przed niczym.Filmu tego nie ogląda się łatwo, nie jest łatwy w odbiorze, nie przekazuje treści uproszczonych. Wielu twierdzi, że „Łowca Androidów” jest filmem wręcz nudnym. Nieprawda. Po prostu jest filmem trudnym, zmuszającym widza do zastanowienia. Nie tylko nad losem jaki może czekać ludzkość w przyszłości ale też nad istotą człowieczeństwa.
Moim najlepszym filmem science-fiction jest „Raport mniejszości”Stevena Spilberga.Akcja filmu dzieje sie w 2054 roku.W USA są w stanie złapać przestępców zanim ci popełnią zbrodnie,jest to możliwe dzięki wykorzystaniu jasnowidzów.Szefem ekipy którzy zajmują sie schwytaniem przestępców jest John Anderton.Z czasem z łowcy staje sie on ofiarą.Zostaje oskarżony o morderstwo i musi uciekać.Proza Philipa Dicka jest trudna do sfilmowania,tak jak naszego wielkiego twórcy tyle,że fantastyki A.Sapkowskiego, a jednak sie udało.Tylko Spielberg mógł oddać klimat dzieła Dicka,ma wspaniały pomysł na realizacje świata wykreowanego przez pisarza.Ten film to uczta dla oczu,jak i świetny thriller science-fiction.Ten film trzyma w napięciu, a nie jest tylko bzdurną opowiastką jak niestety większość filmów tego gatunku.Na tym filmie można sie przekonać ,że zbyt duża władza dla rządzących w inwigilowaniu społeczeństwa nie prowadzi do niczego dobrego,nawet dla bezpieczeństwa tego społeczeństwa.
Mój ulubiony film to „Obcy: decydujace starcie” James`a Cameron`a. Każdy fan fimów science-fiction go ogłądał i wie, że drugiego takiego nie ma. Może i efekty specjalne nie są rewelacyjne, ale na tamte czasy były genialne. Nie ma drugiego takiego filmu, który miałby taka atmosferę i klimat. Film trzyma w napięciu i nawet po 23 latach od jego premiery wprowadza w zdumienie młodsze pokolenie i zapewne tak będzie jeszcze przez dłuższy czas.
A więc nie owijając w bawełnę i mowiąc co mi slina do buzi przyniesie ;) moim ulubionym filmem s-f bezapelacyjnie i do samego końca jest film Obcy 2 Decydujace starcie. Jak widzę nie tylko moim zresztą to wiekowe ( bo juz 23 letnie ) moim zdaniem dzieło sztuki zebrało rzeszę fanów przez ten okres. No cóż nie będę oczywiście opisywał tu fabuły bo jak mniemam większość czytelników jak przystało na amatorów kina dobrze ja zna. A jeśli nie no to jedyne co mi pozostaje to z miłą chęcią polecić tą ponad dwu godzinną ucztę dobrego kina akcji, świetnie wykreowanych postaci oraz niesamowitych jak na tamte czasy efektów specjalnych, które spokojnie dorównują wielu obecnym. !!! Od razu zaznaczam oglądajcie wersje reżyserska rozszerzona o parę jak dla mnie ważnych scen jak np: fakt ze nie znaleźliby statku obcych gdyby nie Ripley;) Nic więcej nie mówię nie chcę zepsuć oglądania. W odróżnieniu od poprzedniej części Obcy – Ósmy pasażer Nostromo, który był bardziej thirellem jego sequel jest w większej części kinem akcji a ja osobiście powiedziałbym nawet ze ma troszkę z survival horror. No i się rozpisałem a miało być krótko ale o takim filmie krotko nie można. Wracając do głównego wątku dlaczego Obcy dwa jest moim ulubionym filmem s-f po pierwsze primo jest ponadczasowy po 23 latach wciaż ogladąm go jak hit sezonu, po drugie primo ;) wygląd obcego jest fenomenalny ( a propos gratulacje dla wyobraźni twórcy ) no i po trzecie primo bardzo wciągająca historia z dużą ilością akcji, zaawansowanej techniki no i happy endem. Hmmm ale czy na pewno ? A przekonać się można tylko oglądając całą serię ! No i wydziergałem dla wytrwałych dziękuję za uwagę i pozdrawiam wszystkich miłośników s-f na ziemi i nie tylko ;)
Lord Vigo
MATRIX
powód nr 1 = efekty specjalne, takie, że podczas seansu musiałem się szczypać, żeby sprawdzić, czy ja to widzę naprawdę a nie śnię
powód nr 2 = Trinity w lateksie, na punkcie której dostałem ciężkiego hopla przez następne pół roku
powód nr 3 = Keanu czyli normalnie aktor dobrze wypadający wyłącznie w roli wioskowego głupka, tym razem wyjątkowo mało drewniany
powód nr 4 = fakt, że był to pierwszy film, na którego nie mogłem dostać biletu bo był już komplet na widowni i nawet moje błagania kasjerki, że mogę usiąść w przejściu nic nie dały
powód nr 5 =
Neo: I know kung fu.
Morpheus: Show me.
oraz
Trinity: Dodge this.
powód nr 6 i ostatni = piosenka „Wake up” Rage Against The Machine w napisach końcowych, która dosłownie wbiła mnie w fotel kinowy i dopełniła dzieła całkowitej zmiany światopoglądowej w moim umyśle
Moim ulubionym filmem są „Gwiezdne Wrota”, a oto moja argumentacja :)
Gwiezdnych wrót historia niesłychana
Nie jednego widza powala na kolana
Gdy świat starożytny odwrócony do góry nogami
Archeolog próbuje udowodnić że nie jesteśmy sami
Odrzucony przez akademicki światek
Nadal twierdzi że na piramidach lądował statek
I gdy tajemnicze wrota zostają odnalezione
Przed nim jednym odkrywają to co nieznajome
Drogę o jakiej wielu marzy skrywają
Dzięki siedmiu symbolom na inną planetę zabierają
Kto by nie chciał podróżować między gwiazdami
Ludzie wiedzeni zarówno strachem i pragnieniami
Odkrywają przeszłości i teraźniejszości mroki
Ich potomkowie niewolnicze stawiają kroki
Potężny wróg podający się za Boga
Na Abydos panowanie Ra i trwoga
Lecz ziemianie nie zostawią braci w potrzebie
To samo mogło spotkać mnie lub Ciebie
Przed nimi ciężkiej walki trud
Przeciw złu wzniecony bunt
Okazał się zwycięski
Ocalony ród od klęski
Film fabułą mnie zachwyca
Czerwienią się od wrażeń lica
Muzyka porusza duszę i serce
Fascynuje kolorami niczym kobierce
Ukazuje ciekawe oblicze i możliwości
Pozostawia dla mnie smak przygody i radości
Budzi skrywane w głębi nadzieje
Cieplejszy wiatr przyszłości wieje
Do moich ulubionych filmów science-fiction miałam okazję całkiem niedawno dodać „Dystrykt 9″. Film na mnie zrobił piorunujące wrażenie. Już dawno czegoś takiego nie oglądałam w kinie. Choć nie był to horror, to bałam się równie mocno, bo do ostatnich chwil trzyma on widza w napięciu. Ten obraz zaskakuje pod wieloma względami. Miejsce akcji, nieprzypadkowo Afryka, to właśnie nad Johannesburgiem zawisł statek obcych. Po drugie, sami obcy. Nie były to stworzenia wrogo nastawione, wręcz przeciwnie, potrzebowały ludzkiej pomocy. Człowiek, nie wiem czy pieszczotliwie ale ochrzcił ich mianem krewetek i rzeczywiście było to celne porównanie. Tak więc nasze krewetki dostają opiekę medyczną i wyżywienie, jak również specjalną dzielnicę, tytułowy Dystrykt 9, w którym mogą zamieszkać. Sielanka mogła by trwać długo, ale już taka jest natura człowieka, czy też w ogóle istot żywych, że każde szuka swojej niszy, a te ludzkie i nowych przybyszów, zaczęły się niebezpiecznie pokrywać. Warto wspomnieć, iż kosmitom zabrano ich broń, tak więc stali się oni całkiem bezbronni, zdani na łaskę lub niełaskę ludzi. Dystrykt 9 przekształcił się szybko w dzielnicę slumsów, krewetki zaczęły szukać pożywienia (wątek humorystyczny – karma dla kotów) poza ustalonymi granicami, przez co zaczęły narastać konflikty. Nie wiem na ile film ten próbował liznąć tematyki apartheidu, ale wydaje mi się ona całkiem trafioną, biorąc pod uwagę dyskryminację i nieludzkie traktowanie, jeżeli o takim można mówić w przypadku kosmitów. Podobał mi się szczególnie tekst jednego mieszkańca Johannesburga: ” Żeby oni chociaż byli innej narodowości, czy też koloru skóry, ale oni nawet nie są z tej planety!”. Tak więc pod naciskiem społecznym zaczyna się akcja wysiedlania krewetek do można to nazwać „obozu uchodźców” oddalonego ok. 200 km od miasta. Naprawdę cała ta tematyka jest niezwykle nowatorska i ciekawa, sam obraz utrzymany jest w konwencji lekko trupistycznej, co dodatkowo dodaje mu smaczku. Można się o tym przekonać, oglądając przemianę głównego bohatera w krewetkę, w wyniku nieszczęśliwego wypadku. W tym momencie warto wspomnieć o doskonałej kreacji Sharlto Copley’a, który według mnie zagrał rewelacyjnie. Dzięki temu wątkowi widz ma możliwość zobaczyć jak cała ta sytuacja wygląda od strony obcych, na pozór bardzo podobnie. Oni też mają swoje rodziny, krewnych i pragną wrócić do swoich, gdyż wiedzą że ich czas na Ziemi dobiega już końca. Film niskobudżetowy, ale na żadnym kroku nie dało się tego odczuć, efekty specjalne rewelacyjne, poza tym genialny scenariusz i obsada nadrabiała całość. Choć film o kosmitach, to znalazło się w nim miejsce na ukazanie dramatu niewinnego człowieka, jego bezradności, ale zarazem przemiany, która pozwoliła mu zrozumieć wiele spraw. Ciekawa była też stylistyka w jakiej „Dystrykt 9″ został utrzymany, a mianowicie był to pewien rodzaj dokumentu, dzięki czemu film zyskał na wiarygodności i miało się dziwne odczucie, jakby gdzieś taka sytuacja miała już miejsce. Można by wiele mówić jeszcze o tym filmie, choćby o paru ciekawych wątkach pobocznych, ale wydaje mi się, że żadne słowa nie oddadzą niezwykłego klimatu tej produkcji, naprawdę warto pójść do kina i samemu się przekonać, bo według mnie jest to dzieło na miarę przełomu w kinematografii science-fiction. Ale ostrzegam, jest to na pewno film dla ludzi o mocnych nerwach, sama byłam świadkiem, jak niektórzy w trakcie wychodzili…
‘Dzień Niepodleglości’ to już niemal kultowy film science – fiction znany chyba każdemu fanowi gatunku. Nakręcony z niezwyklym rozmachem robi niesamowite wrażenie do dziś. Trudno zaprzeczyć, że takie kino opiera się w dużej mierze na efektach specjalnych, bo to one w wysokim stopniu decyduja o jego autentyczności i atrakcyjności. Tutaj sa one wprost genialne, o czym świadczy choćby słuszne nagrodzenie Oscarami w kategoriach technicznych. Najbardziej zapadające w pamięci sceny to te, w których można podziwiać monumentalne statki napastnikow z kosmosu. Już płonące niebo towarzyszące ich przybyciu zwiastuje nieszczeście i zagładę jaką ze soba przynoszą. Monstrualne pojazdy kosmiczne zawieszone jak wielkie, przynoszące burzę chmury nad najważniejszymi metropoliami naszego globu nie pozostawiają watpliwości: coś wisi w powietrzu. Coś zlego. A w końcu następuje atak: niesamowity taniec płomieni niszczacych wszystko na swej drodze, towarzysząca im panika i śmierć. To wszystko wprawia w osłupienie i wprost wbija w fotel. Równie dramatyczne i wstrzasajace wrażenie robi widok zgliszcz tętniącego jeszcze przed chwila życiem wielkiego miasta. Świadomość, że w ciagu kilku minut jego miszkańcy, budynki, zabytki obrocily się w nicość jest niesamowicie przygnębiająca. Nie było chyba widza, który nie zadawalby sobie pytania: czy jest nadzieja? Akcja po tych spektakularnych scenach nie zwalnia ani na moment i film nadal toczy się w szybkim tempie i trzyma w napieciu do ostatniej minuty. Bardzo dobrym pomyslem było opowiedzenie tej historii z punktu widzenia kilku osób. Równolegle śledzimy losy różnych ludzi: od prezydenta USA po rodzinę mieszkajacą w przyczepie kempingowej. Dzięki temu lepiej zaprezęntowano stosunek poszczegolnych jednostek do przedstawianych wydarzeń, a także pomaga zrozumieć rozterki bohaterów i wczuć się w ich dramat, bezsilność, beznadzieje. Widz może bez trudu odnaleźć postać, z która najbardziej się identyfikuje. Najlepsze kreacje aktorskie stworzyli wedlug mnie Jeff Goldblum, Bill Pullman i Will Smith. Pierwszy w roli naukowca odkrywajacego przypadkiem plany Obcych jest niezwykle wiarygodny. Za świetną uważam tez kreacje Pullmana. Prezydent najwiekszego mocarstwa na Ziemi w jego wykonaniu jest nie tyle politykiem, co prawdziwym człowiekiem z krwi i kości, który boryka z dnia na dzień staje się jedyna nadzieja dla swych najbliższych, ale tez dla calego narodu, a nawet świata. Aktor rewelacyjnie przedstawił targajace go rozterki i przytlaczajacy cieżar. Will Smith za to gra to, co najlepiej umie: luzaka, który znalazl się w niecodziennych klopotach. Jego zabawne powiedzonka rozladowują nieco atmosfere filmu. Oczywiście można by się zzymać o to, ze Amerykanie znów zrobili z siebie zbawcow świata, a jeszcze zwycięstwo nad obcą cywilizacjaą odniesiono pod ich dowodztwem 4ego lipca. Ale to przecież oni nakrecili ten film, więc cieżko by było, żeby w najwiekszej glorii przedstawili inna nacje. Komu tego nie może przeżyć, niech zamknie oczy na przemowie prezydenta przed decydujacym starciem i kilku innych scenach. Ale zrezygnować kompletnie z obejrzenia ‘Dnia Niepodleglosci’ nie wypada, bo to jeden z najlepszyxh filmow s-f .
Moim ulubionym filmem science fiction jest K-PAX. Z kilku powodów. Po pierwsze oglądałem go wielokrotnie dla znakomitej postaci Prota (Kevin Spacey). Postać, którą udało się wykreować temu aktorowi jest jako kosmita tak bardzo ludzka, a zarazem jako człowiek tak bardzo obca… Tak naprawdę do końca nie wiadomo kim on jest i to niedopowiedzenie jest najpiękniejsze, ponieważ pozwala działać naszej wyobraźni. Nie ma w tym filmie statków kosmicznych, znakomitych efektów specjalnych, efektownych wybuchów, strzelanin, mieczy świetlnych i innych gadżetów. Zamiast tego otrzymujemy czystą przyjemność śledzenia historii niesamowitej postaci wspomnianego Prota obdarzonej wrażliwością ludzkiego dziecka i obarczonej problemami dorosłych ludzi (a może kosmitów?)
„Autostopem przez galaktykę” – to pełna inteligentnego humoru opowieść o pewnym Brytyjczyku, którego dom a także cała rodzinna planeta zostają wyburzone, ze względu na budowane właśnie 2 autostrady – jedną zwykłą oraz drugą, kosmiczną. W ostatniej chwili ratuje go przyjaciel, który okazuje się być kosmitą (a także autorem sławnego w całej galaktyce poradnika „Autostopem przez galaktykę”) podróżującym „na gapę” po kosmosie.
Trudno powiedzieć, które sceny w tym filmie lubię najbardziej, na pewno nie ma w nim sceny, której bym nie lubił. Uwielbiam na przykład ten moment, w którym prezydent galaktyki z tym magicznym hełmem na cytryny na głowie unosi palec do góry i mówi „I think…” i natychmiast dostaje za to po nosie.
Niesamowicie też wygląda scena, w której „stworzyciel” pokazuje głównemu bohaterowi swój „warsztat”… mógłbym tak wymieniać długo, ale wtedy oglądanie tego filmu nie sprawiłoby Wam już takiej przyjemności.
Wśród całej masy niezliczonych, czasem porażających absurdem i humorem a czasem porażających swym pięknem i wymową przygód, gdzieś w tym wszystkim znajduje swoje miejsce prawdziwa miłość (choć scen rozbieranych na szczęście nie ma) oraz zrozumienie tego, czym jest planeta Ziemia, kto ją stworzył i po co.
Choć książki, na której podstawie ten film powstał jeszcze nie czytałem to do filmu wciąż wracam. Dobry humor, fantastyka i wyjątkowy klimat jest tym, co zawsze podnosi mnie na duchu.
Film dla całej rodziny, polecam!