Wczoraj byłem na „Bękartach wojny” Quentina Tarantino i muszę przyznać, że do dziś nie wyszedłem z podziwu po ich obejrzeniu. Podziw ten jest jednak zupełną konfrontacją dla tego, co słyszeliśmy podczas tegorocznych uroczystości w Cannes. Tyle się bowiem mówiło o nowym, przydługawym, a przez to i nudnawym filmie twórcy zdumiewającego „Pulp Fiction”. Na szczęście zmanierowani krytycy (nie wszyscy) mylili się, a przynajmniej ja tak uważam. Rozwinięciem tych rozważań jest dłuższy tekst poniżej. Zapraszam więc do lektury.

Główną i najmocniejszą stroną „Bękartów wojny” są dialogi oraz bardzo interesująca, choć mało realistyczna fabuła. Wszystko toczy się w czasach II Wojny Światowej, gdzie uciśniona ludność żydowska powoli ugina się pod naporem niemieckiego reżimu. Zewsząd słychać o masowych mordach „narodu wybranego”, tak więc Alianci postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce. Tworzą przy tym tajną jednostkę, składającą się tylko z żołnierzy żydowskiego pochodzenia. Nowa formacja za cel obiera sobie jedną misję – mordowanie nazistów. Zabójstwa te nie będą jednak humanitarnymi strzałami w głowę. Można powiedzieć, że główni bohaterowie przeprowadzą „krucjatę” na niemile widzianym narodzie niemieckim, a jej finał będzie iście zaskakujący i makabryczny.

W całym filmie największą frajdę sprawiają kreacje stworzone przez mało nam znanego Christopha Waltza, czyli Pułkownika Hansa Landa oraz bardziej kojarzonego Brada Pitta, w roli Porucznika Aldo Raine’a. Ten pierwszy jest wysłannikiem III Rzeszy, z zadaniem wyśledzenia i zgładzenia wspominanych już Żydów. Charakteryzuje go nieprzeciętna inteligencja oraz przebiegłość. Aktor austriackiego pochodzenia został chyba stworzony do tej roli (otrzymał za nią Złotą Palmę w Cannes ’09). Potrafi błyskawiczne przejść od śmiechu do poważnej postawy, sugerującej niebezpieczeństwo. Jego sposób bycia zatrważa. Kilkoma zdaniami demaskuje słabszych psychicznie bohaterów, a wyrafinowany język, którym się posługuje, wręcz wwierca się w uszy  odbiorców, powodując zakłopotanie. Zupełnie inny typ przedstawia Brad Pitt z ramienia słusznej strony. Jego bohater doprowadza nas do gęstego śmiechu i tupania. Proste gesty oraz charakterystyczny głos, to strzał w dziesiątkę przy interpretacji postaci Aldo Raine’a, która stara się dobrze bawić i wykonać powierzone jej zadania. Oczywiście w kadrze nie zabraknie również innych znakomitych aktorów. Warto wspomnieć jeszcze o przepięknej Diane Kruger, wcielającej się w pełną blasku Bridget Von Hammersmark oraz Eli Roth’cie, czyli śmiercionośnym Sierżancie Donnym Donowitzie, nie oszczędzającym  swojego kija baseballowego. Wszyscy oni tworzą doborową grupę nieprzeciętnych charakterów.

Ogólnie przez ponad dwie godziny nie przyjdzie nam się nudzić. W tym filmie wszystko dzieje się na odwrót do naszych oczekiwań. Tak jakby reżyser najpierw postawił się w roli widza, a potem nakręcił sceny zupełnie inaczej. W „Bękartach wojny” nawet Hitler może się znużyć swoją własną propagandą, a jego główni podopieczni przejść na stronę przeciwnika, w najmniej odpowiedniej chwili. To wielki plus tej produkcji. Sam skutecznie układałem zakończenia wielu oglądanych filmów, aczkolwiek w tym wypadku wszystko spełzło na niczym.

Idąc na „Bękartów wojny” nie możemy się również spodziewać moralistycznego wydźwięku i wiernie przekazanej historii. Quentin tworzy filmy nie po to by uczyć czy wskazywać dobrą drogę w życiu. Moim zdaniem jego ideą jest tworzenie dzieła dla samej sztuki tworzenia, w czystej postaci i we własnym stylu.  Nie zapomina o tym, że kino to przyjemność dla oczu i uszu, dlatego sceny są dopracowane w najmniejszych szczegółach, a muzykę komponują wielcy artyści, w tym wypadku Ennio Morricone.

Podsumowując, jeżeli jesteś przygotowany na widok oskalpowanych nazistowskich głów i masz dość schematycznego kina komercyjnego, postaw na „Bękartów wojny”, a na koniec może przyjdzie Ci poprzeć twórcę w jego przypuszczeniach…

  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • del.icio.us
  • Digg
  • RSS